Z pamiętnika anonimowego wykładowcy #3

Słyszę głosy

Muszę się Wam do czegoś przyznać – słyszę głosy. Idąc przez uczelniany korytarz lub podwórko słyszę zdecydowanie więcej niż bym chciał. Czasami czuję się jak bohater amerykańskiej komedii, który nagle zaczął słyszeć kobiece myśli. W tym przypadku myśli, a raczej słowa nie mają płci. Sytuację może potęgować fakt, że urodą oraz posturą do hollywoodzkich produkcji raczej nie pasuję. To sprawia, że przemykam niepostrzeżenie między grupkami studentów, a moja obecność jest zauważana najczęściej w momencie, kiedy próbuję trafić kluczem do zamka – czas chyba pomyśleć o nowych okularach.

Kiedyś wchodząc na korytarz można było jeszcze usłyszeć „cicho, bo idzie”. Dziś to się praktycznie nie zdarza, bo rozmowy są prowadzone z twarzą utkwioną w ekranie telefonu. Czasem wolałbym nie słyszeć dlaczego „ślepego” [pseudonim jednego z wykładowców, który ma problem z trafieniem kluczem do zamka] nie da się słuchać, a u „rudej” to nawet całkiem, całkiem się siedzi. O ile ten pozytywny koniec skali nie jest specjalnie rozbudowany w kolorowe słownictwo, to po tej drugiej stronie repertuar jest bardzo szeroki oraz soczysty, że aż czasem się podłoga klei. Najbardziej zabawny, a zarazem tragiczny jest fakt, że większość wykładowców dokładnie wie kto jest kim w tym studenckim slangu.

Zawsze byłem przekonany, że instynkt samozachowawczy idzie w parze z inteligencją, ale zaczynam mieć poważne wątpliwości. No bo jak wytłumaczyć zachowanie błyskotliwego studenta, który stoi tuż pod otwartym oknem pracowni i opowiada [cytat bardzo daleki od oryginału] „ale ten ślepy jest niemądry, a do tego opowiada takie niedorzeczności, że motyla noga”, kiedy „ślepy” wisi dosłownie dwa metry nad jego głową. Po takiej sytuacji nawet najbardziej słodko wypowiedziane słowa „Dzień dobry szanowny panie doktorze”, przy wejściu na egzamin, mogą okazać się niewystarczające. Warto pamiętać, że uczelnia jest miejscem pełnym niebezpieczeństw.