Moje potyczki z COVIDem: odsłona druga

W pisaniu tkwi Moc: to fantastyczny sposób radzenia sobie ze stresującymi uczuciami. Podobnie jak czytanie, pisanie jest korzystne dla wszystkich. Piszemy, aby usunąć bolesne obrazy. Pisząc to, co czujemy, nazywamy nasze lęki, rozpoznajemy je i stawiamy im czoła. Nic więc dziwnego, że wielu z nas, mierząc się z pandemią COVID-19, sięgnęło po pióro. Poniżej prezentujemy owoc takiej potyczki z koronawirusem.

„Moje potyczki z COVIDem”

Pomyślałam, że najprościej będzie moje potyczki z Covidem przedstawić za pomocą, chyba wszystkim dobrze znanego, modelu pięciu etapów żałoby. A więc lecimy.

 Etap 1. ZAPRZECZENIE

Co, jakaś pandemia? Jaki wirus? Przecież on jest w Chinach. A Chiny są daleko, prawda?! Więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że do nas, to on w ogóle nie dotrze. Dodatkowo, podobno „to” się łapie tylko starszych, a liczby moich wiosen nie podaje się na szczęście jeszcze w „ści”, to będzie dobrze. A może to w ogóle nie jest prawda, może to fake news albo ktoś sobie zrobił żarty. Więc co się będę martwić na zapas.

Kolej na Etap 2. GNIEW

No dobrze, jednak do nas dotrze. W zasadzie to już dotarł. Co więcej, dotarł i idzie dalej. A to, co zabiera i zostawia po sobie, nie napawa optymizmem. Ale spokojnie. Bez paniki. Przecież rząd ma plan. Zamkniemy się na chwilę w domu, będziemy zakrywać nos, myć i dezynfekować dłonie, trzymać dystans. Bułka z masłem. Dwa tygodnie zlecą nim się obejrzę. A jeśli to ma pomóc to dlaczego by nie spróbować?

No więc nie miałam racji. Co gorsza, rząd też nie miał racji. Za to rację ma Covid. I na razie trafia.
I to celnie. Zupełnie jak w kole Fortuny. My – czyli ludzie, kontra On – Covid. Po dwóch stronach barykady. Ale to On trafia spore sumy. 5 tysięcy, 10 tysięcy, 20 tysięcy. Aż sama się pogubiłam ile
„ma już na koncie”. Za to my… no cóż. Dwa tygodnie lockdownu, zamieniły się w miesiąc, miesiąc w pół roku, pół roku w roku. Jedna fala, druga fala. I tak siedzimy we własnych 4 ścianach. Początki były obiecujące, więcej czasu dla rodziny, można przyoszczędzić na bilecie miesięcznym, na kosmetykach, bo pod maską i tak nic nie widać. Nie trzeba tak wcześnie wstawać. Ale z czasem, nie było już tak wesoło. Co za dużo to nie zdrowo. I nawet z pozoru bezkonfliktową rodzina w końcu pęknie. „Uciekanie po ścianach”, zamykanie się w pokoju dla chwili spokoju we własnym domu. Trochę absurd, nieprawdaż? No ale cóż, kiedyś się to w końcu skończy, czyż nie? No chyba musi. Bo ja już naprawdę nam serdecznie dość tego siedzenia w domu. I jeszcze te wiadomości. Ich szum, ich natłok, z każdej strony. Z Polski. Ze świata. I nie są to dobre wiadomości. Dzień w dzień to samo. Zmarło tyle, zachorowało tyle. Ile wyzdrowiało też pokazują, ale nie oszukujmy się każdy i tak raczej z coraz większym strachem patrzy na te dwa pierwsze, stale rosnące słupki. I nic nie pomaga, a miało. To jaki jest tego wszystkiego sens? Danie nam nauczki, pokazanie, że nie wszystko możemy kontrolować, tak jak nam się dotychczas zdawało? Jest nas za dużo i trzeba zrobić „przesiew”? A może to czas dla Matki Natury, na jej regenerację i odpoczynek od nas niewdzięcznych dzieci, które raz za razem, bezmyślnie, zadajemy jej kolejne rany? Cokolwiek by to nie było, czas najwyższy z tym skończyć.
Dostaliśmy nauczkę, lekcja była sromotna. Zapłaciliśmy cenę i to nie małą. Więc wróćmy WKOŃCU do żywych. Jedyny plus z tego wszystkiego jest taki, że te zakupy po nocach to nawet całkiem fajna sprawa.
Bez kolejki, na spokojnie. I naprawdę można to zrobić raz na tydzień, a nie, jak mi się dotychczas wydawało, kilka razy w tygodniu. Tylko jakby tych produktów było więcej. Patrząc na puste pułki po papierze toaletowym boję się o kondycję drzew na świecie…

Następnie mamy Etap 3. DEPRESJA

Telefon rzucony w kąt, bo ileż można słuchać o tej śmierci. Gdzie nie spojrzę tam śmierć. Czuję się jakbym żyła w powieści „Dżuma”, tyle że choroba jest nieco inna. Ale puenta ta sama. Śmierć. I znikąd pomocy, znikąd ratunku. Niby prace nad szczepionką trwają, ale jak na tak rozwinięte kraje to coś długo im to zajmuje. Atmosfera w domu nerwowa, atmosfera w kraju nerwowa. Jedni drugich oskarżają, że ci źle robią, że tamci nic nie robią. Co by nie robili i tak przegrywamy. Wciąż. A przeciwnik nie słabnie. Podobnie jak strach. O siebie, o bliskich. A co jeśli przyniosę to cholerstwo do domu. Przecież mieszkam ze starszą babcią. Jeśli się zarazi, może tego nie przeżyć…

Dalej Etap 4. NEGOCJACJE

A gdyby tak ponury kosiarz pod nazwą COVID-19 zabrał tylko tych słabszych, starszych a młodszych oszczędził? A dlaczego jakieś dwa bogate kraje się nie dogadają i razem nie stworzą szczepionki? Przecież byłoby szybciej i w końcu wyrwalibyśmy się z tego kręgu szaleństwa. Pieniądze za to dostaną i to nie małe i tak czy siak, to czemu nie działać wspólnie. I tak w zasadzie, to może coś by już otworzył, czy to w sklepie, czy w Kościele, czy u fryzjera, gdzie nie spojrzeć tam wirus, to po co to wszystko zamykać jak mogę się zarazić gdziekolwiek. Więc może coś otwórzmy, coś małego. Jakąś malutką branżę, żeby choć odrobinę poczuć się jak dawniej.

I na koniec Etap 5. AKCEPTACJA

Jest jak jest. Wirus był, jest i będzie. Trzeba nauczyć się z nim żyć. Pojawiają się coraz to nowe jego odmiany, być może pojawią się i takie które będą odporne na szczepionkę. No właśnie, szczepionki. Mamy to! Eureka! Wyczekana, wymodlona. Jest. Tylko coś chętnych do szczepienia mało.
Chociaż wirus też jakby osłabł, nie zniknął całkowicie, pewnie zbiera siły do następnego ciosu.
Rząd znowu robi co może, wymyślił loterię szczepienną. To jakby za bycie grzecznym u lekarza i danie się zbadać miało się dostać lizaka. Tylko, że „dzieci” są większe, badanie to tak naprawdę szczepienie
a i „lizak” kosztowniejszy. Trochę złotych, jakiś samochód, może wycieczka. Jak na loterii. Tylko trzeba mieć szczęście i trafić. Zobaczymy czy to coś pomoże, bo ludzie już trochę odpuścili. Powiedzieli STOP. Ja chyba trochę też. A przynajmniej zwolniłam tempo, „włączyłam tryb czuwania”. A niech się dzieje co chce. Będzie co opowiadać wnukom.

Sylwia Machowska
II rok MKJ